Skromnie podchodziłem do tematu śmigania na nartach. Z jednej strony nigdy nie uprawiałem tego sportu, z drugiej wszyscy w koło zachęcali do spróbowania. Kluczem do rozpoczęcia zabawy okazał się sponsorowany przez MOUTON interactive wypad do Kościelisk. Stamtąd tylko krok dzielił mnie od Witowa, Szymoszkowej czy wreszcie Białki Tatrzańskiej. Początki były bardzo trudne. Po kilku zjazdach (jeśli tak to można nazwać) w Witowie, nauczyłem się hamować i utrzymać na nartach. Kiedy to walczyłem z wyciągiem orczykowym, który to zamiast mnie ciągnąć w górę, zrzucał mnie z krzesła, moja pysia (Magdalena Szarek) wykonywała już 3 zjazd. Powiedziałem sobie dość i podczas tej euforii wywaliłem się ze 3 razy na 200 metrach. Jest to prawie nie możliwe przy zdrowej jeździe, choć z pewnością niektórzy … mają inne zdanie. W końcu zostało mi do opanowania tylko i wyłącznie skręcanie. Co udało mi się skręcić jedną nartę w kierunku gdzie zamierzałem jechać, to druga się nie chciała słuchać. Skutek – wywrotka. Pierwsze zjazdy (jak już wyciąg orczykowy się zlitował i mnie pociągnął) były makabryczne. Nogi mi się tak krzyżowały, że nie wiedziałem, że tak mogą. Chwilami było naprawdę niebezpiecznie, ale w końcu opanowałem sztukę siadania na orczyk. |