2006-03-15

Pierwsze kroki na nartach: Witów, Szymoszkowa, Białka Tatrzańska - oj się działo :)




Skromnie podchodziłem do tematu śmigania na nartach. Z jednej strony nigdy nie uprawiałem tego sportu, z drugiej wszyscy w koło zachęcali do spróbowania. Kluczem do rozpoczęcia zabawy okazał się sponsorowany przez MOUTON interactive wypad do Kościelisk. Stamtąd tylko krok dzielił mnie od Witowa, Szymoszkowej czy wreszcie Białki Tatrzańskiej. Początki były bardzo trudne. Po kilku zjazdach (jeśli tak to można nazwać) w Witowie, nauczyłem się hamować i utrzymać na nartach. Kiedy to walczyłem z wyciągiem orczykowym, który to zamiast mnie ciągnąć w górę, zrzucał mnie z krzesła, moja pysia (Magdalena Szarek) wykonywała już 3 zjazd. Powiedziałem sobie dość i podczas tej euforii wywaliłem się ze 3 razy na 200 metrach. Jest to prawie nie możliwe przy zdrowej jeździe, choć z pewnością niektórzy … mają inne zdanie. W końcu zostało mi do opanowania tylko i wyłącznie skręcanie. Co udało mi się skręcić jedną nartę w kierunku gdzie zamierzałem jechać, to druga się nie chciała słuchać. Skutek – wywrotka. Pierwsze zjazdy (jak już wyciąg orczykowy się zlitował i mnie pociągnął) były makabryczne. Nogi mi się tak krzyżowały, że nie wiedziałem, że tak mogą. Chwilami było naprawdę niebezpiecznie, ale w końcu opanowałem sztukę siadania na orczyk.


Górka w Witowie była już opanowana, a liczba przejazdów na karnecie zmalała do 0. I wtedy żartobliwie powiedziałem do naszego kierowcy busa– instruktora, aby nie żartował z takimi wyciągami i zabrał nas na prawdziwy, długi, stromy stok. Teraz tego żałuję. Stok Szymoszkowej może i nie był trudny, ale za to zupełnie nie dostosowany do moich umiejętności narciarskich. Razem z Madzią nabiliśmy tutaj ze sto siniaków i była to prawdziwa szkoła przetrwania. Po tym wyciągu mieliśmy dość nart i myśleliśmy tylko o kolacji.


W końcu dotarliśmy do Białki Tatrzańskiej. Początki były banalne. By nie zwiększyć liczby siniaków wraz z niedoświadczoną częścią naszej grupy poszedłem na najmniejszy stok, by asekurować ludzi podczas ich zjazdów. Po chwili jednak (i tu skłamię) wszyscy już śmigali i przestałem być potrzebny. Oczy moje co chwila spoglądały na tajemniczy wyciąg oznaczony numerem 6. Wiedząc, że zjeżdża tam kilka najodważniejszych osób z naszej ekipy, ciągle pchało mnie w tamtą stronę. Po upływie godziny czasu ruszyłem na stok trochę trudniejszy, a po jednym zjeździe i w towarzystwie dzielnego kierownika Tomka, ruszyliśmy na wyciąg o nr 6. Mimo długiej kolejki udało nam się załapać na wjazd i ruszyliśmy. Mając nogi na wysokości kilku metrów i przy średnim lęku wysokości, udało mi się opanować i podziwiać krajobrazy podczas jazdy w gór e. Na Bani było odjazdowo. Dzielny kierownik Tomek, po chwili miał wywrotkę. Pomogło mu kilku zaawansowanych dobrodziei z naszej ekipy, co umożliwiło kontynuowanie zjazdu. Po chwili jakby powtórka z historii. Dzielnego Tomka znowu poniosło i obróciwszy się za siebie ujrzałem tuman śniegu. Początkowo myślałem, że to lawina i przyśpieszyłem zjazd, po chwili zauważyłem, że z śniegu podnosi się Tomek.

Jazda na Bani bardzo mi się podobała. Można powiedzieć, że była odprężająca lecz nie pozbawiona nutki adrenaliny. Podczas 6 zjazdów tylko raz udało mi się przejechać bez wywrotki. W chwilach załamania i potknięć o muldy, przeżywałem chwile strachu. Być może było to niczym, w stosunku do tego co przeżywał dzielny Tomek gdy opadał śnieg. Zjazdów na Bani w wykonaniu mojej pysi, raczej nie będę komentował, z przyczyn oczywistych. PS: nie chcę się narazić.







 
 
STRONA GŁÓWNA . AKTUALNOŚCI . FORUM . ROZRYWKA . GALERIA . VIDEO . KLIKACZ . KONTAKT   All Rights Reserved  Grzesio.eu © ® 2002-2012.
Zaprojektował: Grzegorz Mistewicz